Ile Pani miała lat gdy wybuchła II Wojna Światowa?

Nie miałam jeszcze ukończonych siedemnastu lat gdy wybuchła II Wojna Światowa i zostałam wywieziona na roboty przymusowe do Niemiec.

Jak Pani wspomina tamte czasy? W jakich okolicznościach trafiała Pani do obozu pracy?

Sołtys w miejscowości, w której mieszkałam – Słabkowice koło Buska-Zdroju, podawał władzom okupacyjnym moje dane, jako jednej z osób, która miała być objęta wywózką na roboty. Okupant narzucił obowiązek pracy przymusowej i każda z rodzin musiała liczyć się z tym, że jedna z osób w rodzinie zostanie zabrana do przymusowej pracy na terenie Rzeszy. Wójt został zobowiązany aby wskazać nazwiska osób młodych i zdolnych do pracy. Tak też się stało. W ten sposób znalazłam się w grupie złożonej z czterech osób z mojego najbliższego sąsiedztwa, wytypowanych do wyjazdu na roboty. Musiałam stawić się w biurze pracy okupanta w Busku Zdroju. Czekało tam już dużo osób w takiej samej sytuacji jak ja. Po dotarciu do tego punktu zbornego w Busku Zdroju nie wróciłam już do domu. Wszystkie zebrane tam osoby, także i ja, zostały zawiezione samochodami na dworzec kolejowy w Kielcach. Tam został podstawiony pociąg towarowy. Na dworcu było pełno ludzi, czekających na wywiezienie na roboty, z całego naszego województwa. Kazano nam wszystkim wsiąść do pociągu. Było tam bardzo niewygodnie. Nie było siedzeń. Musiałam siedzieć na gołej podłodze i trzymać swój bagaż tak jak inne na kolanach. W takich warunkach zostałam przewieziona do Rzeszy. Po dotarciu do Berlina, osoby wywiezione na roboty były przewożone samochodami do różnych miejsc przymusowej pracy na terenie Rzeszy. Były to gospodarstwa rolne oraz zakłady produkcyjne. Na początku zostałam przydzielona do pracy w majątku ziemskim u Niemców. Pamiętam, że praca była tam zorganizowana w taki sposób, że osoby starsze były wysyłane do pracy w polu, a młode tak jak ja, z uwagi na obawę ucieczki, pracowały w obrębie zabudowań gospodarczych. Przebywałam tam tak około trzech miesięcy. Później trafiłam do fabryki, która znajdowała się okolicach Hamburga. Fabryka ta produkowała różne części samolotowe. W jej pobliżu znajdowały się baraki, które służyły jako miejsce zakwaterowania robotników przymusowych. Były one osobne dla kobiet i osobne dla mężczyzn. W jednym baraku mieściło się około pięćset osób. W barakach znajdowały się piętrowe prycze. Jako swoje wyposażenie miałam manierkę, łyżkę i garnuszek, oraz dwa koce do okrycia podczas spania. Na terenie fabryki przebywało bardzo wielu robotników przymusowych. Życie biegło tam dość monotonnie. Po pobudce która była o godzinie szóstej rano, jedliśmy śniadanie, które składało się z garnuszka czarnej kawy, oraz dwóch kromek chleba: jednej z marmoladą, a drugiej z margaryną. Około kilometra od naszego zakwaterowania w barakach znajdowała się fabryka do, której codziennie po śniadaniu chodziliśmy pieszo do pracy, pilnowani przez strażników SS z bronią. Obiad był podawany na terenie fabryki o godzinie trzynastej. Dostawaliśmy po dwie chochle wodnistej zupy, którą należało zjeść z własnej manierki oraz przy użyciu własnej łyżki. Praca w fabryce kończyła się o godzinie piętnastej i wtedy robotnicy, w tym także ja, wracali pieszo do baraków. Po kolacji która na ogół składała się z garnuszka czarnej kawy i dwóch kromek chleba, byłyśmy do następnego dnia zamykane w barakach na klucz. Nasze całe dzienne wyżywienie obejmowało jedynie małe racje żywnościowe podawane na śniadanie, obiad i kolację. Pamiętam, że bardzo wtedy schudłam. Ważyłam tylko trzydzieści pięć kilogramów. Życie toczyło się bardzo monotonnie gdyż jedynie między pracą a czasem spędzanym w zamykanym na klucz baraku. Pamiętam, że aby sobie czas urozmaicić opowiadałyśmy sobie różne historie, śpiewałyśmy pieśni i modliłyśmy się.

 Czy w tamtych czasach groziła Pani śmierć ?

Na terenie fabryki oraz baraków panował obowiązek noszenia na ubraniach specjalnych naszywek z literą „P”. Nie wolno było również samowolnie opuszczać baraków oraz miejsca pracy, ani głośno się zachowywać. Za złe przyszycie naszywki z  literą „P” lub naruszenie innych obozowych zakazów groziło bicie, a nawet śmierć. Moim nadzorcą w pracy na terenie fabryki był stary Niemiec. Uczył mnie tego na czym polegała moja praca. Pracowałam przy obróbce części samolotowych. Musiałam na nich nawiercać specjalne otwory. Praca ta wymagała dużej precyzji oraz skupienia uwagi. Byłyśmy też nieustannie terroryzowane groźbami, że źle wykonana praca będzie karana śmiercią lub wywózką do obozu koncentracyjnego. Bardzo mnie to wszystko stresowało. Pewnego dnia przydarzył mi się wypadek przy pracy. W pewnej chwili urządzenie, którym nawiercałam otwory złapało moje ubranie i z wielkim hukiem spadło z wysokiego stołu na podłogę. Ja wtedy ze strachu rozpłakałam się. Po chwili obok mnie zjawił się niemiecki nadzorca i skrzyczał mnie. Krzycząc obrażał mnie słowami, że jestem głupa jak wszyscy Polacy, oraz groził wywózką do Oświęcimia. Pamiętam wtedy, że poczułam w sobie taką złość, że sama wykrzyczałam po polsku temu Niemcowi, że on sam jest głupi. Na chwilę straciłam nad sobą panowanie do tego stopnia, że wykrzyczałam mu swoje słowa kilka razy w twarz. Wprawiłam tym Niemca w takie osłupienie, że przestał na mnie krzyczeć. Przez chwilę tylko powtarzał w kółko polskie słowo „głupi”. Nie wiedział przy tym co to słowo oznacza. Niemiec w końcu zostawił mnie w spokoju i wróciłam do pracy. Miałam naprawdę  dużo szczęścia, że ta historia tylko tak się dla mnie skończyła. Mogło być dużo gorzej. Wszyscy którzy byli świadkami tego zajścia kiwali tylko głowami z niedowierzaniem, że wyszłam z takiej opresji cało.

Czy przytrafiło się Pani coś, co szczególnie zapadło Pani w pamięć ?

W czasie mojego pobytu w obozie przymusowej pracy w fabryce samolotów, poznałam pewnego chłopca. Miał on na imię Józio. Bardzo go polubiłam. Znaliśmy się wtedy tylko około trzech miesięcy. Zapamiętałam Józia jako bardzo bystrego chłopca. Z tego co sobie przypominam, Józio miał dostęp do radia. Potajemnie słuchał wiadomości. Było to niebezpieczne zajęcie gdyż groziła za to śmierć. W czasie gdy z nim rozmawiałam mówił mi, że będzie się starał mnie stamtąd uwolnić. Nie bardzo w to wierzyłam. Wręcz uważałam to za rzecz niemożliwą. W pewnym czasie Józio został zabrany w inne miejsce przymusowej pracy, a ja tam nadal zostałam w obozie przymusowej pracy. Po jakimś czasie od wyjazdu Józia otrzymałam od niego list.  Był to bardzo długi list, w którym Józio bardzo szczegółowo poinstruował mnie w jaki sposób mam bezpiecznie opuścić obóz pracy przy fabryce samolotów.  Z listu dowiedziałam się którego dokładnie dnia mam niepostrzeżenie odłączyć się od grupy wracającej do baraków po pracy. Józio pisał że nie wolno mi tego dnia zabrać ze sobą większego tobołka aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Pisał również, że po odłączeniu od grupy mam przyjść na stację kolejową i wejść do konkretnego pociągu, a po drodze kupić jeszcze bilet. W liście były też dla mnie pieniądze na zakup biletu. Z listu dowiedziałam się dokładnego celu i miejsca mojej podróży. Miałam wysiąść na podanej mi stacji kolejowej i dostać się do pewnego majątku ziemskiego. Z listu wiedziałam też kto jest właścicielem tego majątku oraz kto jeszcze tam mieszka. W liście przeczytałam, że majątek ziemski jaki miał być celem mojej podróży był własnością pewnego niemieckiego ziemianina, który miał dwie córki. Jedną starszą a drugą młodszą. Wszystkiego tego nauczyłam się na pamięć , a list wyrzuciłam. Wszystko sobie dokładnie zaplanowałam. Postąpiłam dokładnie tak jak było w liście napisane. Nie zauważona przez nikogo odłączyłam się od grupy, kupiłam na dworcu bilet i wsiadłam do właściwego pociągu. Gdy wydawało się, że plan ucieczki się powiódł, w pewnej chwili zorientowałam się, że w pociągu do którego wsiadłam podróżują niemieccy żołnierze. Okazało się, że to był transport wojskowy. Wiózł niemieckie wojsko na urlop z frontu. W pociągu nie było prawie żadnych osób cywilnych. Po korytarzach spacerowali niemieccy żołnierze uzbrojeni w karabiny, oraz oficerowie SS. Sprawdzali czy w pociągu nie dzieje się nic podejrzanego. Wtedy zrezygnowana usiadłam przy oknie i rozpłakałam się ze strachu. Świetnie zdawałam sobie sprawę, że mogłabym zostać w każdej chwili złapana i grozi mi śmierć. Słyszałam wcześniej o ludziach, którzy po ujęciu byli rozstrzeliwani albo po prostu wyrzucani na tory podczas biegu pociągu. Bardzo się wtedy bałam. Po cichu modliłam się na różańcu. W pewnej chwili zwróciłam uwagę pewnego oficera SS. Gdy zobaczył mnie  zapłakaną, siedzącą przy oknie w pociągu, wpierw zagadnął czy nic mi nie jest, a następnie zapytał dokąd jadę. Wtedy odpowiedziałam mu w języku niemieckim, że płaczę bo mnie bolą zęby oraz, że  jadę do majątku ziemskiego,  o którym pisał mi Józio. Opowiedziałam temu Niemcowi wszystko dokładnie tak jak było napisane w liście. Podałam nawet dokładną nazwę miejscowości Osten Leben, gdzie jechałam, oraz kto był właścicielem majątku który miał być celem mojej podróży. Ku mojemu zaskoczeniu Niemiec uwierzył w moją historię. Powiedział mi, że osobiście zna właściciela tego majątku i zostawił mnie wtedy w spokoju. Na pożegnanie nawet dostałam od niego lek na ból zęba oraz trzy  czekolady. Jedna miała być dla mnie, a po jednej czekoladzie miało być o dla obu córek właściciela majątku o którym mu powiedziałam. W ten sposób po raz kolejny ocalałam. Dalej dojechałam do celu mojej podróży już bez większych przeszkód. Na stacji kolejowej wyszedł po mnie Józio, razem ze swoim kolegą. Gdy dotarłam na miejsce był środek nocy. Ku mojemu zaskoczeniu Józio przyjechał po mnie traktorem. Okazało się, że zdobył uprawnienia do poruszania się traktorem w miejscu, gdzie pracował na robotach w Rzeszy. Józio zawiózł mnie wtedy do gospodarstwa rolnego. Sam w nocy wrócił do majątku gdzie pracował. Okazało się, że niemieccy właściciele majątku, do którego trafiłam mieszkali jedynie we dwójkę, a ich syn został zabrany do wojska. Zostałam chętnie przyjęta, gdyż właściciele tego majątku potrzebowali rąk do pracy. Józio im powiedział, że jestem jego siostrą oraz wyrażam chęć do podjęcia pracy w ich  gospodarstwie. Nie zdradził zaś ani słowa, że dzięki niemu uciekłam z miejsca przymusowej pracy przy fabryce samolotów. Krótko po tym jak się tam znalazłam okazało się jednak, że jestem poszukiwana jako zbieg. Sprawa wyszła na jaw wtedy, gdy  właścicielka majątku próbowała mnie u siebie zameldować z uwagi na panujący obowiązek meldunkowy. Gdy z płaczem wróciła z powrotem, poinformowała mnie, że jej grozi więzienie, a mnie czeka wywiezienie do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu na pewną śmierć. Dowiedziałam się również, że już następnego dnia o szóstej rano, ma po mnie przyjść wojskowy aby zabrać do transportu do obozu koncentracyjnego. Gdy Niemiec który odkrył, że jestem poszukiwana jako zbieg zjawił się w majątku, jego właścicielka przekupiła go jednak żywnością. Zeszła z nim do piwnicy i dała mu kiełbasę, mięso oraz inne produkty żywnościowe które w tym czasie było już coraz trudniej zdobyć. Niemiec nie pojawił się więcej. Wtedy kolejny raz zostałam uratowana od śmierci. Było mi dane zostać w tym gospodarstwie aż do końca wojny. Po wkroczeniu Armii Czerwonej i kapitulacji Niemiec wszystkie miejsca  przymusowej pracy były wyzwalane. W dniu 10 maja 1945 roku spotkała mnie nie lada niespodzianka, gdyż odwiedził mnie niespodziewanie mój kolega Józio. Ten sam który, pomógł mi w ucieczce. Było ta nasze pierwsze spotkanie po długim okresie czasu w którym się nie spotykaliśmy. Od czasu mojej ucieczki oraz sytuacji, kiedy niemal zostałabym ujęta, gdy wyszło na jaw, że jestem zbiegiem, nie miałam okazji, aby kontaktować się z Józiem. Po tym jak właścicielka majątku przeżyła chwilę grozy w związku z moją osobą, Józio nie chciał prowokować z nią żadnych zatargów. Okazało się, że przez ten czas ciągle o mnie myślał. Gdy wreszcie się spotkaliśmy po długim czasie nie widzenia się, Józio mi się oświadczył. Oświadczyny oczywiście przyjęłam. Dalej było tak, że w dniu 13 maja 1945 roku wzięliśmy ślub cywilny, a w dniu 19 lipca 1945 wzięliśmy ślub kościelny. Zostaliśmy małżeństwem. Do Polski oboje wróciliśmy w 1946 roku. Osiedliliśmy się w Kielcach. Byliśmy razem w małżeństwie sześćdziesiąt sześć lat. Urodziło nam się czworo dzieci. Dwoje już nie żyje. Doczekałam się wnuków i prawnuków. Józio umarł dwadzieścia lat temu. Z okresu mojego pobytu w czasie pracy przymusowej w Rzeszy zachowały się pamiątkowe zdjęcia. Jestem na nich z Józiem, oraz naszymi znajomymi. Te zdjęcia przywołują wspomnienia które wciąż są żywe w mojej pamięci.

 

 

 

Co dodawało pani otuchy aby wytrwać?

Pragnę powiedzieć, że przez cały ten trudny czas, wojny, jak również w obecnej sytuacji gdy nie ma już przy mnie Józia, otuchy dodawała mi wiara, oraz nieustanna modlitwa na różańcu. Różaniec jest obecny w moim życiu cały czas. Czerpię z niego ogromne wsparcie oraz siłę. Proszę sobie wyobrazić, że kiedyś zdarzyło się, że zostałam nagle otoczona przez grupę złodziei, którzy chcieli mnie okraść. Domagali się pieniędzy. Próbowali zabrać torebkę. Wtedy ja ku ich zaskoczeniu wyciągnęłam różaniec i powiedziałam, że mogę im dać różaniec gdyż jest o wiele cenniejszy niż pieniądze. Zostawili mnie wtedy w spokoju i ze śmiechem odeszli mówiąc do siebie „chodźmy już”.

Jakie zagrożenia Pani widzi we współczesnym świecie?

Moim pragnieniem jest aby ludzie cieszyli się zdrowiem, wierzyli w Pana Boga, oraz wzajemnie sobie pomagali. Jak pamiętam, za moich młodych czasów ludzie byli dla siebie życzliwi. Obecnie, odnoszę wrażenie, że jest inaczej. Wręcz jest tak, że jeden jest dla drugiego wilkiem. Nie podoba mi się również to, że zachowują się w sposób zakłamany. Z jednej strony potrafią pokazywać jak bardzo się modlą, a z drugiej strony potrafią drugiego człowieka okraść i oszukać. Kiedyś też ludzie żyli bardziej ze sobą, a teraz żyją osobno. Takie zjawiska uważam za zagrożenia.

Czego Pani życzyłaby ludziom młodym?

Przede wszystkim życzyłabym Wam młodym abyście byli zdrowi, ukończyli wybrane przez siebie szkoły, oraz mieli szczęśliwe życie rodzinne. Pragnęłabym także aby życie oszczędziło Wam trudnych chwil, takich jakich ja doświadczyłam. Dlatego życzę wam spokoju, jak najwięcej szczęścia rodzinnego, byście pozakładali szczęśliwe rodziny, oraz doczekali wnuków i prawnuków, tak jak ja.

Dziękujemy za rozmowę.

Wywiad z Panią Stefanią Kowalską pracownicą obozu pracy,

przeprowadziły: Eliza Pardyka i Natalia Rumińska

Redakcja: Eliza Pardyka

Zamknij