Rozmowę z księdzem neoprezbiterem Marcinem Bąkiem przeprowadziłaAgnieszka Makarewicz

A. Makarewicz: Jak ksiądz czuje się jako nowo wyświęcony kapłan?

Ks. Marcin Bąk: Czuję się dobrze. Cieszę się z tego faktu, że podjąłem taką decyzję. Dotrwałem do tego momentu, że jestem księdzem. Jestem zadowolony i pełen nadziei. Wyobrażam sobie jakbym chciał, aby wyglądało moje kapłaństwo, moja droga życiowa. Natomiast czasem dochodzi ta świadomość, że na pewno tak nie będzie wyglądała, bo to jest tylko moja wyobraźnia.

Agnieszka Makarewicz: Skąd ksiądz pochodzi? Może ksiądz opowiedzieć o swoim dzieciństwie, czy latach szkolnych?

Ks. Marcin Bąk: Pochodzę z małej miejscowości koło Kielc – Chełmce. To jest również parafia Chełmce. Zawsze byłem dzieckiem nieśmiałym, tak mi się wydaje. Nie chciałem chodzić do szkoły i uciekałem z zerówki. Ale później przyzwyczaiłem się i z wielką chęcią chodziłem do szkoły. Lubiłem się uczyć, nie sprawiało mi to większego problemu. Dobrze się uczyłem. Byłem sumienny i pracowity. Miałem mocne zauroczenie Kościołem, księdzem, kapłaństwem. To był intensywny czas przygotowania do I Komunii Świętej. Wtedy bardzo często przebierałem się za księdza. Lubiłem bawić się w księdza… Nawet miałem dwie koleżanki z klasy, które mi pomagały, były moimi wiernymi. W tym czasie chodziłem często do kościoła. Złapałem mocny zapał, bo trwało to przez całą podstawówkę, gimnazjum, a nawet liceum. Jak miałem tylko taką możliwość iść do kościoła – to szedłem, czy na nabożeństwo majowe, czerwcowe, czy w październiku na różaniec. Nigdy nie miałem takiego oporu, aby pójść do kościoła. Zdarzały się sytuacje, że mi się nie chciało. Ale raczej miałem pozytywne skojarzenia z Kościołem. Nie sprawiało mi też problemu, żeby uczestniczyć na lekcji religii, zaangażować się w jakieś działania w parafii, czy odpowiedzieć na jakąś prośbę księdza wikariusza czy proboszcza. W tym czasie miałem dobrych wikariuszy. Interesowali się dziećmi, młodzieżą ich losem. Interesowali się takimi zwykłymi sprawami ludzi. Byli po prostu zwyczajnymi księżmi. Może niekoniecznie błyszczącymi. Nie zachowywali się tak, jakby się chcieli przypodobać ludziom. Byli zwyczajnymi, normalnymi ludźmi, z którymi dało się w normalny sposób porozmawiać.

Jeśli chodzi o liceum to ciężej było już chodzić do kościoła, bo więcej zajęć było związanych ze szkołą. Gdy wracałem ze szkoły, to już nie było za bardzo możliwości, chyba że w Kielcach. Uczestniczyłem w rekolekcjach. Nigdy nie był dla mnie to problem, aby udzielać się w ramach kościoła.

A.M.: Podczas księdza Mszy Świętej Prymicyjnej w rodzinnej parafii w Chełmcach ks. proboszcz powiedział: ”Ks. Marcin, będąc w klasie maturalnej, składał mi życzenia w Wielki Czwartek, a gdy podszedł do mnie powiedziałem mu: „A Ty pójdź za Mną” – nic wtedy nie odpowiedział”. Dlaczego? Kiedy zrodziło się w księdzu powołanie? Czy już było to wcześniej? A może dopiero po słowach wypowiedzianych przez księdza proboszcza? Może ksiądz przybliżyć jak to się zaczęło?

x. M.B.: Dopuszczałem w sobie taką myśl, że mogę pójść do seminarium. W gimnazjum nie było takiego nasilenia w tym kierunku. Później już taka mocna i konkretna myśl pojawiła się w klasie maturalnej…

Pamiętam z czasów gimnazjum, że pojechaliśmy z jednym z wikariuszy w góry i spotkaliśmy na trasie dwóch panów, starszych turystów, wędrujących po górach i gdy zobaczyli księdza, który nie był ubrany w strój duchowny, zwrócili się do niego mówiąc: „jego mość”. My z kolegami nie wiedzieliśmy, o co tak naprawdę chodzi, że tak w górach określa się księdza i trochę się z tego śmialiśmy. Pod koniec rozmowy jeden z nich zapytał: „Czy któryś z tu obecnych chłopaków, ministrantów pójdzie do seminarium, zostanie księdzem?” I wtedy wikariusz obejrzał się popatrzył na wszystkich i wskazał palcem na mnie i powiedział – ten pójdzie, zostanie księdzem. Przypomniała mi się ta sytuacja, wróciła do mnie, kiedy poszedłem już do seminarium.

Kiedy pojawiło się powołanie to ciężko powiedzieć. Mogę powiedzieć, kiedy się zdecydowałem, aby wybrać tą drogę. Klasa maturalna – był to czas dla mnie najbardziej intensywnego myślenia na ten temat. Z jednej strony trzeba było wybierać przedmioty na maturę, uczyć się, ale z drugiej strony cały czas pojawiały się te myśli, co zrobić jak już zdam tą maturę? I tak do końca nie wiedziałem, co zrobić. Ten epizod, który na prymicjach opowiadał ksiądz proboszcz miał miejsce, ale nie umiem powiedzieć czy w tym momencie zrobiło to wtedy na mnie jakieś wrażenie. Bardziej zdziwiło mnie, że takie słowa powiedział. Wydawało mi się, że jak wręczam mu kwiatki, czy jak składam życzenia to powinien po prostu za nie podziękować. I to była dla mnie bardziej taka normalna przewidywana odpowiedź. Ta była dla mnie nieprzewidywana. I myślę, że dopiero uświadomiłem sobie znaczenie tych słów księdza proboszcza będąc już w seminarium. Pamiętam, że mówiłem sobie w duszy: Boże, jak usłyszę ten głos od Ciebie: „Pójdź za mną”, to na pewno pójdę. Ale wyobrażałem sobie, że usłyszę w innej formie ten głos, że nie będzie to przez drugiego człowieka. I dopiero kiedy zdecydowałem się pójść do seminarium i podjąłem już jakieś kroki to wtedy mnie olśniło. Nikt mnie nie naprowadził. Sama przyszła mi taka refleksja, że ten głos usłyszałem właśnie wtedy z ust mojego księdza proboszcza. Przypomniał to na moich prymicjach. Ja, w swoich podziękowaniach na koniec też miałem się do tego odwołać. Te słowa z pewnością były takim umocnieniem. Może nie w konkretnym samym podjęciu decyzji, ale umocnieniem wtedy, kiedy się właściwie zdecydowałem i podjąłem formację w seminarium, że taki głos Pana Boga słyszałem w swoim życiu. Tak ostatecznie, aby wstąpić do seminarium, decyzję podjąłem po otrzymaniu świadectwa maturalnego, kiedy wiedziałem, że zdałem maturę i mogę iść na studia. Miałem jeszcze rozmowę z księdzem proboszczem zanim się zgłosiłem do seminarium, aby podzielić się pewnymi wątpliwościami, zapytać czy to jest na pewno to? Powiedział mi: „że miał nadzieję, że się zgłoszę, chociaż już było po maturze, to że nic nie mówiłem do uzyskania tego świadectwa maturalnego, że już mi przeminęło i że nic z tego nie będzie”. Cieszył się, że przychodzę i z nim rozmawiam. Ta rozmowa też była dla mnie umocnieniem. Taką zachętą, aby spróbować, żeby się nie bać, że on jest pomocą w tym wszystkim, że na tej drodze nie jestem sam, żebym się zgłosił do seminarium i zapytał o dokumenty, które są mi potrzebne. Po tej rozmowie były już podjęte zdecydowane kroki, że idę i już coś robię. Nie tylko podjęcie decyzji, ale żeby ona była wyrażona już w takim konkretnym działaniu. Zgłosiłem się do seminarium. Powiedziałem, że chcę zostać alumnem i dowiedziałem się co muszę zrobić, jakie warunki spełnić, jakie dokumenty przynieść. Konkretna decyzja, aby pójść do seminarium to był początek lipca 2012 roku.

Natomiast tak jak przedstawił to ksiądz proboszcz – podał datę kiedy ten głos usłyszałem. I ten moment samego powołania nie przypominał tego, jak było w przypadku Apostoła Mateusza, który był celnikiem i czytamy w Ewangelii, że Jezus powiedział: „Pójdź za Mną”. A on wstał i poszedł. Tu była taka decyzja natychmiastowa – idę! U mnie był element zastanowienia, refleksji. Nigdy z resztą nie działałem pochopnie, gwałtownie. Były sytuacje, w których trzeba było szybko reagować, bo trzeba ale jeśli nie trzeba było reagować natychmiast to raczej to było takie przemyślenie po jakimś tam czasie. I wydaje mi się, że to też jest dobre.

A.M.: W którym kierunku były skierowane księdza myśli podczas święceń prezbiteratu w bazylice katedralnej w czasie modlitwy Litanii do Wszystkich Świętych, gdy leżał ksiądz na podłodze krzyżem? Czy ksiądz myślał może o tym czy czasem alba gdzieś mi się nie podwinęła. Czy w ogóle nie było to dla księdza istotne, a bardziej skupiał się ksiądz na aspektach duchowych?

x. M.B.: Jeśli chodzi o albę, żeby ładnie wyglądała, to myślałem o niej jak litania się zaczynała i klękałem. Ułożyłem sobie ją za stopy, bo gdy się położę to ona się wyprostuje. To rzeczywiście był taki moment. (Śmiech)

Natomiast gdy była sama litania do Wszystkich Świętych…; Wiadomo – są to duże emocje. Jest wiele różnych myśli, takie kotłowanie się w głowie. Starałem się raczej poświęcić ten czas na modlitwę. Nie wsłuchując się dokładnie w to, co śpiewa chór i w to, co odśpiewują ludzie. Starałem się swoimi słowami coś do Pana Boga powiedzieć. Pamiętam, że skierowałem taka prośbę o dwie rzeczy, które przyświecały mi w seminarium. Po pierwsze, żebym nie zgorszył żadnego z wiernych w taki sposób, aby odciągnąć go od Kościoła – to była jedna myśl. Druga sprawa, to żebym wytrwał… Ale bardziej mi tu chodzi o rodzinę, bo jeśli się zdarza, że nawet ksiądz odchodzi z kapłaństwa, czy zdarzają się różne rzeczy, nie do końca to wszystko wychodzi tak jak powinno – wydaje mi się, że sam ksiądz to najmniej na tym cierpi. W sensie takim, że najwięcej dostaje po głowie rodzina, rodzice, rodzeństwo. Pochodzę z miejscowości wiejskiej, gdzie przepływ informacji jest dość szybki. Wszyscy się znają, nie ma takiej anonimowości jak w mieście. To tym bardziej miałem taką bojaźń o to, żeby nie czuli się winni, gdyby coś się stało, żeby im takiej hańby, krzywdy nie zrobił w ten sposób.

Podczas tej modlitwy powierzałem też różne osoby Panu Bogu: rodziców, rodzeństwo, znajomych, osoby, które prosiły o modlitwę, aby właśnie w czasie trwania tej litanii, gdzieś tam wspomnieć o nich, kimś z ich rodziny, o chorych, czy o osobach, które mają problemy. Bo to jest szczególny czas łaski, kiedy można coś dla kogoś wyprosić. Ten czas litanii do Wszystkich Świętych naprawdę mija bardzo szybko. Nie jest to tak, że trwa ona wieczność i chciałoby się wstawać. Nie wiadomo kiedy się skończyła. Wydaje się, że to jest chwila.

A.M.: Jakie słowa ksiądz zamieścił na obrazku prymicyjnym i dlaczego właściwie takie?

x. M.B.: Myśl o tym, co bym zamieścił na obrazku prymicyjnym, zrodziła mi się pod koniec V roku seminarium. Zwróciłem mocno uwagę na słowa: „Oto moja matka i moi bracia”. Jest to fragment Ewangelii, kiedy przychodzi Matka Jezusa, przychodzą jego bracia, siostry i krewni, którzy chcieli się z nim widzieć. Wtedy otaczając Jezusa uczniowie informują go, że przyszli do Niego bracia, siostry. A Jezus wskazując na zebranych mówi, że: to jest Jego matka, to są Jego siostry, Jego krewni, czyli wszyscy ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je i realizują. To są pierwsze słowa tej wypowiedzi Jezusa. Dobrze, aby te słowa na moim obrazku prymicyjnym rozumieć w całości. „Oto moja matka i moi bracia”, ale również z tym dodatkiem o pełnieniu woli Bożej.

Myślę, że zwróciłem uwagę na te słowa po przeczytaniu homilii św. Jana Pawła II z 3 czerwca 1991 roku, kiedy odprawiał Mszę św. w Masłowie. Właśnie te słowa, które były czytane na tej Mszy Świętej komentował. One mnie zwyczajne urzekły, bo przecież jestem członkiem Kościoła, członkiem właśnie tej wielkiej rodziny i mam być jako kapłan wiernym synem Kościoła, który jest moją Matką. Mam być bratem dla tych, którzy w tym Kościele są. Ale mam też być w pewien sposób ojcem w tej wspólnocie, w tej parafii, do której mnie pośle, dla tych ludzi, których mi da. Mam być dla nich jak ojciec, który otacza ich swoją troską. Na dole obrazka prosiłem, aby otaczał swoją opieką wszystkich tych, dla których jestem synem, bratem i ojcem. I jeszcze taka prośba, aby wspólnie razem pełnić wolę Bożą. Pewnie nie będę mógł być dla wszystkich ojcem. Chciałbym też być bratem dla wszystkich w takiej bliskiej relacji. Mogę z pewnością być bratem czy ojcem w takiej relacji duchowej, modlitewnej. Składając Najświętszą Ofiarę, modlę się modlitwą Eucharystyczną w intencji całego Kościoła, papieża, biskupa, całego duchowieństwa oraz wszystkich wiernych tych żyjących i tych zmarłych. Myślę, że pełniąc posługę kapłańską i sprawując chociaż sakrament Eucharystii staję się dla tych ludzi właśnie bratem i ojcem. Nawet w sakramencie pokuty i pojednania staję się bratem i ojcem;  choć wielu nie znam przecież, którzy przychodzą do sakramentu pokuty i pojednania. Być może jest to jedyne spotkanie z tymi ludźmi. Poprzez tę posługę w konfesjonale staję się jak ojciec, który mówi do syna marnotrawnego, że cieszy się, że wrócił jego syn: ”Mój syn był umarły, a znów ożył” – może to być taka relacja. Z drugiej strony też w konfesjonale mam nie oceniać nikogo, nie oceniać człowieka, tylko jego postawę, grzech, który popełnił. Nazywać zło złem, a dobro dobrem. Ale z takim ojcowskim i braterskim zrozumieniem, bo mając świadomość też tego, że nie jestem lepszy od innych. Jestem na równi z tymi osobami. Też jestem człowiekiem grzesznym, podobnie jak ci, którzy się u mnie spowiadają.

A.M.: Dlaczego ksiądz prymicjant stosuje gest nakładania rąk na głowę w połączeniu z błogosławieństwem prymicyjnym? Jaki ma to cel dla innych?

x. M.B.: Nałożenie rąk jest szczególnym symbolem bliskości Pana Boga. Sam gest błogosławieństwa jest wyrazem okazania wdzięczności ludziom, którzy na Mszy Prymicyjnej się zgromadzili. Jest też wyrazem tego, że komuś dobrze życzymy – życzymy Bożej Opieki. Każdy człowiek jest wezwany do tego, aby błogosławić innym, czyli dobrze życzyć, mówić. Słowa, które wypowiadamy one naprawdę się realizują. One nie są bez znaczenia. Jeśli komuś życzę źle, to zło może stać się udziałem tego człowieka. Jeśli komuś życzę dobrze, to wtedy jego udziałem staje się to dobro, które jemu życzę. W związku z tym błogosławieństwo kapłana ma szczególną moc wynikającą ze święceń. Błogosławieństwo prymicyjne jest właśnie symbolem wdzięczności dla tych ludzi, którzy za mnie się modlili podczas tej Mszy Świętej Prymicyjnej, którzy mi towarzyszą. Jest to największy dar, który mogę tej drugiej osobie ofiarować. Dodatkowo przez otrzymanie tego błogosławieństwa, można otrzymać odpust zupełny. Można zastanawiać się na tym, po co nakładać ręce? To jest znak bliskości Pana Boga. Kiedy nakładamy ręce na głowę to tak jakby Pan Bóg dotykał tych wszystkich, tak jakby przenikał ich swoją łaską, mocą, aby mogli rzeczywiście służyć Bogu.

A.M.: Jest ksiądz kapłanem już ponad miesiąc. Jakie drzemią w księdzu uczucia, gdy zakłada ksiądz na Eucharystię nie dalmatykę, a ornat? Ciężko było przestawić się z roli diakona w kapłana? Jaka jest różnica pomiędzy byciem diakonem, a kapłanem?

x. M.B.: Myślę, że po tym miesiącu staje się to normalne. Codziennie sprawuje Eucharystię. Nie staje się to czymś powszednim, ale w pewien sposób oswoiłem się już z ornatem.

A jeśli chodzi o funkcję diakona, to z samego początku były takie zastanowienia czy np. nie powinienem teraz tego zrobić, bo zawsze to robiłem jako diakon, jakieś pewne elementy liturgii, które przynależą do diakona. Był taki moment zawahania czy to ja, czy to nie ja. Całkiem inaczej było jak byłem diakonem. Czytałem Słowo Boże, Ewangelię, czy modlitwę wiernych. Natomiast na swojej Mszy Prymicyjnej to ja już błogosławiłem tego diakona, który u mnie czytał Ewangelię, więc stanąłem po tej drugiej stronie. Albo, kiedy uczestniczyłem jako koncelebrans, nie przewodniczyłem tej Mszy św. i czytałem Ewangelię i tak zastanawiałem się… to teraz powinienem podejść i ukłonić się do głównego celebransa, żeby mnie pobłogosławił. Właśnie nie! Bo to robi diakon czy prezbiter wobec biskupa, a nie prezbiter wobec prezbitera. Były z początku takie zawahania czy nawet pewne nawyki diakońskie.

A.M.: Jak wygląda Msza Święta Prymicyjna i przyjęcie prymicyjne?

x. M.B.: U mnie wyglądało to tak, że na początku było błogosławieństwo od rodziców, babci, chrzestnych w moim domu rodzinnym, kiedy byłem ubrany w stułę i komżę. Następnie w procesji udaliśmy się do kościoła parafialnego. Szedłem wraz z rodzicami w koronie uplecionej z liści dębowych, które niosły dzieci komunijne, jako symbol niewinności, czystości, w rękach trzymałem krzyż. Powiem szczerze, że jest to radosna procesja, bo oprócz rodziny, która jest obecna towarzyszy też wielu parafian, osób, które w ogóle by się nie spodziewało, że się pojawią, że znajdą czas, dłuższy niż zwykle w niedzielę na Mszę św., przyjdą i będą towarzyszyć w tym szczególnym dniu. Później po przyjściu do kościoła są powitania ze strony parafian, dorosłych, młodzieży, dzieci i później prymicjant ma chwilę czasu, aby przygotować się do Mszy św., założyć właściwe szaty liturgiczne i rozpoczyna Mszę św. wchodząc w procesji do kościoła. Zazwyczaj na taką Mszę Prymicyjną zaprasza się osobę, która powie homilię. Ja nie pamiętam z czasów seminaryjnych, żeby prymicjant sam sobie głosił homilię. Zazwyczaj zaprasza się jakiegoś księdza profesora, z którym miało się szczególny kontakt, czy jakiegoś księdza, który w trakcie tego dojrzewania do podjęcia decyzji o kapłaństwie wywarł wielki wpływ, miał jakieś duże znaczenie w życiu tego młodego kapłana. Ja, poprosiłem kolegę rocznikowego, który powiedział mi bardzo ładą homilię. Jest to szczególna homilia, dlatego ważne jest, aby to była osoba, która zna prymicjanta, dlatego, że w takiej homilii odwołuje się do pewnych faktów z życia księdza prymicjanta, żeby wiedziała, co powiedzieć. Homilia prymicyjna – to jest ważny moment. Następnie Msza św. odbywa się tak, jak każda inna w niedzielę. Jest złożenie darów, konsekracja, modlitwa eucharystyczna. Kolejnym szczególnym momentem są podziękowania prymicjanta, który stara się podsumować ten czas w seminarium. Czas odkrywania drogi do kapłaństwa. Wyrazić wdzięczność tym wszystkim osobom, które stanęły na tej drodze, odcisnęły jakiś ślad. I wyrazem wdzięczności na koniec staje się błogosławieństwo prymicyjne z gestem nałożenia rąk, które odbywa się w pewnym ustalonym porządku. Udziela się go kapłanom, siostrom zakonnym, klerykom, rodzicom, rodzeństwu, bliskiej rodzinie, można też ministrantom i na koniec pozostałym wiernym. Pamiątką z tego błogosławieństwa prymicyjnego i samej Mszy Świętej Prymicyjnej, jest obrazek prymicyjny.

A.M.: Na każdym rogu ulicy będzie ksiądz doświadczał, co to znaczy być kapłanem. Rozmawiał z ludźmi, którzy nazywają się grzesznikami, ale również z tymi, którzy tego grzechu w sobie nie widzą. Odpowiadał na trudne pytania dzieci, młodzieży, dorosłych oraz znosił i był atakowany ze strony społeczeństwa różnymi epitetami na Was – księży. Czy jest ksiądz na to gotowy? Nie boi się ksiądz tego kapłańskiego wyzwania?

x. M.B.: Gotowość wyraziłem przez to, że przyjąłem święcenia kapłańskie – powiedziałem CHCĘ! Ksiądz Biskup pyta najpierw czy jest chęć przyjęcia tych święceń kapłańskich. Powiedziałem, że chcę, więc świadomie się na to wszystko zdecydowałem. Pewnie ciężko byłoby sobie wyobrazić, co może spotkać człowieka. Kiedy byłem już w seminarium, to pewne sytuacje się zdarzały i trzeba było ścierpieć jakieś urągania, nieprzyjemne sytuacje, które miały miejsce. Wyzwiska, epitety czy nawet trudne słowa kierowane w stronę księży, niekoniecznie przyjemne i zadowalające. Ale myślę, że nie trzeba koniecznie wchodzić w wielką polemikę z takim człowiekiem. Też nie staram się nigdy na siłę dowodzić swoich racji widząc, że akurat nie da się z tym człowiekiem w danym momencie porozmawiać, czegokolwiek wyjaśnić, bo nie przyjmuje argumentów. Podstawową formą, którą można odpowiedzieć na takie zaczepki to jest modlitwa za tę osobę, która w taki sposób się zachowuje o łaskę nawrócenia, przemiany, czy nawet zmiany myślenia. Też nie wiemy dlaczego dana osoba tak właśnie reaguje, a nie inaczej, takich słów używa, więc też nie ma co takich ludzi oceniać. Na pewno nie jest to miłe, tym bardziej, że nic nikomu nie zawiniliśmy. Nie jest łatwo! Powiedziałem CHCĘ! Nie powiedziałem, że wszystko zrobię idealnie. Nie powiedziałem, że na każde wyzwanie zrealizuję w stu procentach. Tylko powiedziałem, że chcę na to wyzwanie odpowiadać. A jak one wyjdą, to dużo zależy od Pana Boga. Ale najważniejsza jest postawa chęci, pragnienia wyrażone w tym słowie – CHCĘ. Obawy zawsze są, ale to jest też normalne. Może strach, może lęk przed tym, co będzie. Ale też może to mobilizować człowieka do pracy, do modlitwy. Może mobilizować do tego, aby się nie zatrzymał, to taki lęk, strach jest dobry. Gorszy jest taki, kiedy paraliżuje działanie, kiedy zatrzymuje się dana osoba i nic nie chce robić, bo się boi. Ale takich emocji nie mam, tylko umiarkowany optymizm.

A.M.: Jak ksiądz wspomina lata spędzone w seminarium? Co było dla księdza najtrudniejsze, a jakie chwile byłe najmilsze?

x. M.B.: Wspominam seminarium bardzo dobrze. Myślę, że to był czas potrzebny, żeby przygotować się do posługi kapłańskiej, żeby zrozumieć na czym kapłaństwo ma polegać. Nie mam żadnej urazy do seminarium, chętnie tam wracam.

Wszystkie jakieś trudności, może mniej miłe sytuacje, które miały miejsce starałem się widzieć jako takie, które przydarzają się w każdej społeczności ze względu na to, że człowiek jest słaby i te trudności po prostu spotykają człowieka. Jak w każdej wspólnocie, jak w każdym środowisku.

Początek na pewno był trudny. Idzie się do seminarium z pewnym wyobrażeniem tego miejsca, jak ono powinno wyglądać. Myśli się, że jest to wspólnota idealna, gdzie wszyscy są aniołami, żyją beztrosko, bez problemów, wszyscy się rozumieją – taki obraz miałem. Trudny jest moment, w którym to trzeba skonfrontować. Trudne są momenty, w których trzeba zdecydować np. przyjąć strój duchowny i być świadomym, że staję się widzialnym znakiem – chodzę w sutannie. Konfrontacja swojego wyobrażenia o kapłaństwie, o seminarium z tym jak jest naprawdę, z tym, że to jest wspólnota ludzi, którzy mają różne swoje problemy, każdy ma inny charakter, każdy inaczej przeżywa pewne sytuacje, doświadcza innych emocji, uczuć. Nie jest to często łatwe do przyjęcia. Ale jest to podstawa, aby ten wymiar przeżyć, taki wspólnotowy i to było dla mnie takim momentem na pewno niełatwym, choć koniecznym.

Najmilsze…? Bardzo miłe są te momenty, w których człowiek doświadcza owoców w swoim życiu tego, że jest w seminarium. Jeździmy na dni seminaryjne i opowiadamy o seminarium, powołaniu. Wtedy człowiek słyszy wiele pozytywnych głosów o sobie, w jaki sposób mówi o swoim powołaniu. Kiedy człowiek widzi zainteresowanie tych ludzi, to w pewien sposób widzi, że idzie dobrą drogą, bo to przynosi jakiś owoc dla ludzi, do których się jedzie. Podobnie, gdy ktoś opiniuje homilię wygłoszoną i robi to w sposób prawdziwy. Potrafi znaleźć dobre rzeczy, złe rzeczy, czy jakieś elementy negatywne. Potrafi na to zwrócić uwagę. To też jest miłe, bo zwraca ktoś na to uwagę. To nie jest takie, że ktoś mówi, a tego się nie słucha. Są osoby naprawdę zainteresowane tym, że ksiądz jest potrzebny. Miłe są te momenty, w których wierni pokazują, że człowiek – przyszły kapłan, jest naprawdę potrzebny w danej wspólnocie, że nie jest tylko dodatkiem do parafii, do miejscowości, ale że jest potrzebny. I tego właśnie da się już doświadczyć w seminarium. Poprzez pobyt na dniach seminaryjnych, poprzez pobyt w swojej parafii, rozmowy, wymianę poglądów – to jest miłe. Są pewne trudności w seminarium, ale podobne jest z też z tymi wesołymi chwilami i myślę, że jest ich więcej. Spotykamy się po śniadaniu na kawie. Są to sytuacje radosne, gdzie możemy razem poprzebywać, pośmiać się, poopowiadać jakieś śmieszne sytuacje. Oprócz tego robimy sobie jakieś psikusy, żarty oczywiście wszystko w ramach przyzwoitości. Są sytuacje, kiedy robimy sobie prezenty. Obchodzimy wspólnie imieniny czy jakieś ważniejsze wydarzenia z seminarium z poszczególnych roczników alumnów. Wspólnie to przeżywamy, ponieważ do kapłaństwa nie formuje się prywatnie, osobiście i tyle. Tworzymy wspólnotę i rzeczywiście te radości przeżywamy wspólnie. Czy same obłóczyny – jest to też okazja do tego, aby się cieszyć. Możemy odwiedzać nowo obłóczonych, złożyć życzenia, podarować jakiś prezent i też spędzić chwilę przy rozmowach z innymi gośćmi. Podobnie święcenia diakonatu, święcenia prezbiteratu, czy posługi lektoratu, akolitatu, imieniny, urodziny niektórych osób są okazją do tego, aby wspólnie dzielić się radością. Na pewno radość przeważa w zdecydowanej mierze, jeśli chodzi o życie seminaryjne. Nie jest to czas odizolowania, jakiegoś smutku, przygnębiania się nawzajem.

A.M.: Jakie są księdza zainteresowania?

x. M.B.: Jestem osobą ciekawską, więc lubię czytać książki opowiadające o życiu świętych, biograficzne. Jak byłem w gimnazjum, czy liceum to interesowały mnie książki o św. Janie Pawle II, czy o prymasie Wyszyńskim. W seminarium też miałem czas, aby trochę takich książek poczytać. Literatura na pewno jest w kręgu moich zainteresowań. Nie boję się czytać, nie boję się drukowanego. Myślę też, że jeśli chodzi z takich dziedzin teologicznych to moim zainteresowaniem cieszy się liturgika, czyli ta część teologii, która zajmuje się liturgią, bo tak naprawdę kapłan codziennie ma z tym styczność. Sprawuje sakramenty, a sakramenty to liturgia. A liturgią kapłan ma żyć! Codziennie też odmawiam brewiarz, tzw. Liturgię Godzin. Liturgia jest ściśle związana z życiem kapłana. Pomaga również, aby te czynności liturgiczne dobrze wypełniać. Nawet na ten temat pisałem swoją pracę magisterską. Z takich innych rzeczy to lubię jeszcze jeździć na rowerze, choć z tym ruchem ostatnio jest ciężej, wędrowanie po górach. Dla mnie nie liczy się zdobywanie wielkich szczytów, lecz to aby pochodzić, popatrzeć, spędzić czas miło, w spokojnej atmosferze i niekoniecznie to musi być samemu. Może to być wspólne spędzanie czasu.

W imieniu swoim oraz redakcji życzymy księdzu neoprebiterowi Marcinowi przede wszystkim dużo wytrwałości w wierze i wiary, w to iż każde wypowiedziane w kierunku parafian słowo, każdy gest i spełniona wieczerza, będą niosły wielką łaskę. Niech każdy dzień będzie dowodem miłości do Pana Boga oraz daru, dzięki któremu będzie ksiądz mógł skutecznie dzielić się swoją wiarą ze wspólnotą kościoła.                                                                                  

Dziękuję za rozmowę!

Zamknij